Feyenoord skompromitował się w Eindhoven w sposób, który trudno ubrać w dyplomatyczne słowa. Porażka 3:0 z PSV to nie był zwykły słabszy dzień - to był pokaz bezradności, chaosu i braku jakichkolwiek fundamentów, na których powinna opierać się gra zespołu aspirującego do czegokolwiek więcej niż ligowa przeciętność. Ten mecz obnażył wszystko, co w ostatnich tygodniach próbowano przykrywać pustymi frazesami o „procesie” i „rozwoju”.
Spotkanie właściwie skończyło się po siedemnastu minutach. PSV w tym czasie zrobiło z Feyenoordem to, co poważna drużyna robi z amatorami na sparingu przedsezonowym. Najpierw trafił A. Obispo, potem G. Til, a dzieła zniszczenia dopełnił I. Saibari. Trzy ciosy, zero odpowiedzi, zero reakcji, zero wstydu widocznego na boisku. Obrona rozsypywała się przy każdym przyspieszeniu rywala, pomoc nie istniała, a atak był jedynie statystycznym dodatkiem do protokołu meczowego.
To, że później nie padły kolejne gole, nie było efektem nagłej przemiany Feyenoordu. PSV po prostu zdjęło nogę z gazu, a gości momentami ratowało szczęście i niedokładność gospodarzy. Obraz gry wcale się nie poprawił - dalej nie było pressingu, dalej nie było organizacji, dalej nie było choćby zalążka pomysłu na to, jak wyjść spod presji. Feyenoord wyglądał jak zespół, który wyszedł na murawę z nadzieją, że mecz jakoś sam się dogra.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że to już nie wypadek przy pracy, tylko powtarzalny schemat. Drużyna Robina van Persiego nie robi postępów - ona się cofa. Optymistyczna narracja trenera coraz mocniej rozmija się z tym, co widać na boisku, a rzeczywistość jest brutalna: Feyenoord tonie. I jeśli ktoś w klubie w porę nie zrozumie, że ładne słowa nie bronią dostępu do własnej bramki, ten sezon może skończyć się bolesnym zderzeniem z dnem.
Warto dodać, że na zakończenie Feyenoord grał jeszcze w dziesiątkę, ponieważ bezpośrednią czerwoną kartkę otrzymał Goncalo Borges.
Komentarze (0)