Historia wychowanków wielkich klubów często bywa opowieścią o niespełnionych nadziejach, w której talent zderza się z twardą rzeczywistością seniorskiej szatni. Doskonałym przykładem takiej drogi jest Bobby Petta – urodzony w Rotterdamie skrzydłowy, który swoją piłkarską edukację odbierał w akademii Feyenoordu. Choć na Varkenoord uchodził za jedną z najjaśniejszych postaci swojego rocznika, jego przygoda z dorosłą drużyną Klubu Ludu potoczyła się zupełnie inaczej, niż planował.
Petta trafił w okolice De Kuip jako trzynastolatek, przechodząc z lokalnego VV Papendrecht. Systematycznie piął się po szczeblach juniorskich, aż wreszcie w sezonie 1992/93 doczekał się upragnionego debiutu. Mimo epizodycznego występu, zapisał się w historii klubu, notując asystę, która dołożyła cegiełkę do wywalczonego wówczas mistrzostwa Holandii. Wydawało się, że świat stoi przed nim otworem, jednak po obiecującym początku, młody lewonożny drybler niemal całkowicie zniknął z radarów sztabu szkoleniowego pierwszej drużyny.
Z perspektywy czasu 51-letni dziś były zawodnik, który po wyjeździe z ojczyzny odnosił sukcesy m.in. w barwach szkockiego Celtiku, upatruje przyczyn takiego stanu rzeczy we własnym podejściu i trudnościach adaptacyjnych. W szczerej rozmowie z Feyenoord Magazine przyznał, że jako młody chłopak czuł się lepszy od zawodników mających pewne miejsce w składzie. – Uważałem, że prezentuję wyższy poziom niż Regi Blinker, który grał na mojej pozycji. Często go analizowałem, zastanawiając się, co mógłbym zrobić lepiej. Na treningach faktycznie mi się to udawało, ale w warunkach meczowych nigdy nie otrzymałem prawdziwej szansy – wspomina Petta.
Przejście z piłki młodzieżowej do seniorskiej okazało się dla niego barierą mentalną, której nie potrafił wówczas przeskoczyć. Choć w grupach juniorskich jego styl gry oparty na szybkości, swobodzie i bezpośredniości budził zachwyt, w dorosłym zespole hierarchię budowało się zupełnie innymi cechami.
– Dziwnie to brzmi, gdy mówi się tak o sobie, ale po prostu byłem dobry. W juniorach zapracowałem na duży kredyt zaufania, jednak w pierwszej drużynie musiałem zaczynać od zera. Tam liczyła się przede wszystkim twarda mentalność, a to było dla mnie ogromne wyzwanie. Miałem w sobie pewną dozę polotu i arogancji, co w dorosłej kadrze nie było mile widziane. Zdarzało się, że koledzy po prostu brutalnie wycinali mnie z boiska – opowiada były gracz m.in. Fulham i Ipswich Town.
Brutalne traktowanie przez starszych kolegów nie było dziełem przypadku, lecz formą swoistego testu charakteru, na co przyzwalali również trenerzy. Petta wspomina sytuacje, w których po efektownym przedryblowaniu rywala na treningu, na jego twarzy pojawiał się uśmiech satysfakcji. To właśnie wtedy reakcje otoczenia były najostrzejsze.
– Pozwalali grać dalej, mimo fauli, bo chcieli sprawdzić moją odporność psychiczną. W tamtym wieku nie wiedziałem, jak na to reagować, co odbiło się na mnie negatywnie. Zacząłem modyfikować swój styl, bo wiedziałem, że jeśli wejdę w pojedynek jeden na jeden i zostanę sfaulowany, nikt nie przerwie akcji. Przez to straciłem tę lekkość i przebojowość, którą pokazywałem w juniorach. Przestałem grać z taką eksplozywnością, moja naturalność została stłamszona, a ja stałem się niepewny siebie. Jedynie Henk Fraser próbował brać mnie w obronę, ale poza nim nie miałem wsparcia. Dziś rozumiem, dlaczego koledzy i trenerzy tak się zachowywali, ale wtedy byłem tylko młodym żółtodziobem, któremu wydawało się, że pozjadał wszystkie rozumy – podsumowuje.
Ostatecznie skrzydłowy opuścił Feyenoord w 1993 roku z zaledwie jednym oficjalnym meczem na koncie. Jego kariera nabrała jednak tempa poza Rotterdamem – przez Dordrecht '90 i RKC Waalwijk trafił na Wyspy Brytyjskie i do Australii, reprezentując w sumie barwy kilkunastu klubów na różnych kontynentach.
Komentarze (0)