Gonçalo Borges nie ma wątpliwości, że jego historia w Feyenoordzie zakończy się powodzeniem. Portugalski skrzydłowy ma za sobą trudny początek w Rotterdamie — ograniczony czas gry i ciężar oczekiwań, jakie pojawiły się wraz z transferem z FC Porto. W rozmowie z Algemeen Dagblad wraca do tamtego okresu, tłumaczy, co się zmieniło, i dlaczego dziś czuje się zupełnie innym zawodnikiem.
Portugalczyk, szukając punktu odniesienia, przywołuje przykład piłkarza, który obecnie jest jedną z gwiazd Paris Saint-Germain (Vitinha, red.). – W FC Porto na początku głównie siedział na ławce – opowiada Borges. – Później został wypożyczony do Wolverhampton Wanderers, gdzie również grał niewiele. Po powrocie do Porto znów musiał walczyć o swoje miejsce. Dopiero gdy wykorzystał swoją szansę i zrobił dobre wrażenie, wszystko ruszyło, a potem przeniósł się do PSG. Czasem trzeba po prostu doczekać odpowiedniego momentu. Jeden zawodnik dojrzewa szybciej, inny wolniej.
W tym kontekście Borges wspomina także Luísa Díaza, którego zna jeszcze z czasów wspólnej gry w FC Porto. – On również przebił się później, a mimo to w poprzednim sezonie był znakomity w Liverpoolu, a teraz imponuje w Bayernie Monachium. Dla piłkarza cierpliwość bardzo często jest kluczem – podkreśla.
W Rotterdamie oczekiwania wobec Borgesa od początku były wysokie, co miało związek z kwotą transferu, sięgającą jedenastu milionów euro. Kibice nie kryli krytycznego spojrzenia na jego pierwsze występy. Sam zawodnik przyznaje jednak, że nie skupiał się na presji związanej z ceną. – Od razu poczułem, że trafiłem do wspaniałego klubu. Ale nie myślałem o tym, czego oczekują ludzie. Na kwotę transferu nie miałem żadnego wpływu. Rozumiem, że skoro klub zapłacił tyle pieniędzy, to wszyscy chcą natychmiast widzieć efekty. Trzeba jednak pamiętać, że znalazłem się w zupełnie innym świecie. Portugalia to nie Holandia i odwrotnie.
24-latek otwarcie mówi, że jego sytuacja mogłaby być odbierana zupełnie inaczej, gdyby trafił do Feyenoordu bez kwoty odstępnego. – Gdybym przyszedł za darmo, pewnie wiele osób powiedziałoby: dajcie mu czas, nie oczekujcie zbyt wiele – zauważa. W tym okresie często rozmawiał z Celtonem Biaią, bramkarzem FC Dordrecht, którego znał z młodzieżowych reprezentacji Portugalii. – Celton powiedział mi: „Pierwsze sześć miesięcy było niesamowicie trudne”. I nie był jedyny. Wielu portugalskich piłkarzy miało problem w pierwszym roku gry za granicą. Owszem, latem wystąpiłem jeszcze na Klubowych Mistrzostwach Świata, ale to nie działa tak, że przychodzisz do nowego klubu i od razu eksplodujesz sportowo.
Choć początek był wymagający, Portugalczyk podkreśla, że nigdy nie stracił wiary w siebie. – W tamtym czasie czasem mówiłem ludziom: „W przyszłości zobaczycie innego Gonçalo. Lepszego Gonçalo” – przyznaje. Jego zdaniem właśnie teraz nadszedł ten moment. – Jestem bardziej gotowy niż sześć miesięcy temu. Oczywiście, zdarzy mi się jeszcze zawieść. Skrzydłowy musi podejmować ryzyko. Ale jestem też pewien, że będę odnosił sukcesy. Co do tego nie mam wątpliwości.
Komentarze (0)