Feyenoord dopisał do ligowego dorobku trzy punkty, pokonując Heracles Almelo 4:2, lecz sam wynik tylko w niewielkim stopniu oddaje to, co działo się na murawie. Zespół prowadzony przez Robina van Persiego wygrał, ale styl, zwłaszcza po przerwie, pozostawił po sobie więcej niepokoju niż satysfakcji. W teorii wszystko się zgadzało - przewaga jakości, skuteczność pod bramką rywala i końcowy triumf. W praktyce był to występ, który trudno obronić na poziomie ambicji klubu, chociaż i do nich można mieć obecnie duże wątpliwości.
Druga połowa w wykonaniu Feyenoordu momentami ocierała się o chaos. Struktura gry rozsypywała się przy prostych sytuacjach, pressing był spóźniony, a organizacja w defensywie pozostawiała zbyt wiele wolnej przestrzeni rywalom. Heracles, zespół zamykający obecnie tabelę Eredivisie, zbyt łatwo dochodził do głosu i przez długie fragmenty wyglądał jak drużyna bardziej uporządkowana i pewna swoich działań. To szczególnie niepokojące, biorąc pod uwagę różnicę potencjału i cele obu ekip.
Oczywiście, w futbolu na końcu liczą się gole, a te dla Feyenoordu zdobyli Leo Sauer, Jordan Bos, Annis Hadj Moussa i Casper Tengstedt. Problem polega na tym, że trafienia przykryły jedynie część problemów, nie rozwiązując żadnego z nich. Drużyna strzeliła kilka bramek więcej od przeciwnika, lecz ogólny obraz gry był daleki od standardów, ponieważ jakby nie patrzeć, sporo uratowała dosłownie sama końcówka meczu.
Największy zgrzyt pojawia się jednak w zestawieniu boiskowej rzeczywistości z tym, co słyszymy w pomeczowych wypowiedziach trenera. Deklaracje o kontroli, realizacji założeń i postępie trudno pogodzić z tym, co zawodnicy pokazują na murawie. Między słowami a czynami wciąż istnieje wyraźna przepaść - a jeśli Feyenoord myśli o czymś więcej niż tylko „przepychaniu” meczów, taki występ powinien być powodem do kolejnej poważnej refleksji, mimo kompletu punktów. Do tego dochodzą kontuzje. Kolejne kontuzje, tym razem spotkania nie dokończyli Watanabe i Valente.
Komentarze (0)