Pogrążony w sportowym kryzysie Feyenoord stał się w ostatnich tygodniach areną narastającej krytyki wobec trenera Robina van Persiego. Jak jednak przekonuje dziennikarz i wieloletni obserwator klubu Martijn Krabbendam, problem nie sprowadza się wyłącznie do postaci szkoleniowca. W obszernym tekście opublikowanym na łamach VI Pro autor stawia znacznie poważniejsze pytania – o strukturę władzy, odpowiedzialność decyzyjną i brak spójnej wizji sportowej.
Jednym z kluczowych wątków artykułu jest kwestia tego, kto w Feyenoordzie powinien – i czy w ogóle jest w stanie – zdyscyplinować trenera. – Kto zna realia Feyenoordu, wie, że w praktyce niemal nikt tego nie robi – zauważa Krabbendam. Teoretycznie taką rolę powinien pełnić dyrektor generalny i techniczny Dennis te Kloese, lecz jego pozycja jest nierozerwalnie związana z losem Van Persiego. Po nieudanym epizodzie z Brianem Priske, który kosztował klub miliony, trudno sobie wyobrazić, by niespełna rok później ponownie zwalniał szkoleniowca i wystawiał zarządowi kolejny wysoki rachunek.
Krytyka dziennikarza obejmuje również radę nadzorczą, która – zamiast ograniczać się do funkcji kontrolnej – coraz wyraźniej współuczestniczy w kształtowaniu polityki sportowej. – To organ nadzorczy, ale w Feyenoordzie jego członkowie są de facto pół-decyzyjnymi menedżerami – pisze Krabbendam. Wskazuje przy tym na Toona van Bodegoma i Sjaaka Troosta, którzy aktywnie uczestniczą w rozmowach i ocenach, a rok wcześniej popierali zatrudnienie Van Persiego, licząc, że jego nazwisko i klubowa przeszłość wprowadzą spokój po okresie niepewności. Sam trener twierdził niedawno, że w Feyenoordzie „wszystkie zegarki chodzą tak samo”. Zdaniem Krabbendama, jeśli to prawda, to nad De Kuip powinna powiewać czerwona flaga ostrzegawcza.
Rok po objęciu zespołu przez Van Persiego bilans sportowy pozostaje – w ocenie autora – bezlitosny. Feyenoord nie zrobił realnego kroku naprzód. Krabbendam docenia cierpliwość klubu, który nie zdecydował się na pochopne zwolnienie trenera, ale jednocześnie zaznacza, że za tą powściągliwością kryje się także zwykły interes własny. – Jego dymisja uruchomiłaby efekt kuli śnieżnej – argumentuje. Skoro szkoleniowiec miałby odejść, to dlaczego mieliby pozostać ci, którzy go zatrudnili i przez miesiące przyglądali się rozwojowi wydarzeń? Drugim, jeszcze poważniejszym problemem jest brak jakiejkolwiek wizji następcy.
Autor szkicuje przy tym złożoną i niejednoznaczną strukturę zarządzania pionem sportowym. Dennis te Kloese łączy funkcję dyrektora technicznego i dyrektpra, co w przeszłości przyniosło kilka trafnych decyzji. Bieżące sprawy piłkarskie powierzono jednak Markowi Ruijlowi, technicznemu menedżerowi pozbawionemu formalnych uprawnień i autorytetu niezbędnego do stawiania granic trenerowi. Co więcej, sam Ruijl znajduje się pod presją ze strony rady nadzorczej, choć jednocześnie to on odpowiada za procesy wypożyczeń i transferów przychodzących.
W tym kontekście Krabbendam zadaje fundamentalne pytanie: kto właściwie ma dziś prawo i mandat, by interweniować? A nawet jeśli taka osoba by się znalazła – co dalej? Nowy dyrektor techniczny obok te Kloese? W jakiej strukturze i według jakich zasad miałby funkcjonować? – Jaka jest dziś wizja Feyenoordu? – pyta autor. – Jak klub chce grać, jakich piłkarzy do tego potrzebuje, jak praca akademii ma się do filozofii pierwszego zespołu? I wreszcie: jakie są realia finansowe, jeśli zabraknie Ligi Mistrzów, a do zespołu wrócą drogie kontrakty, takie jak Calvin Stengs czy Luka Ivanušec?
Wszystkie te pytania prowadzą do jednego, kluczowego wniosku: zagubiła się spójna linia sportowego rozwoju. Zniknęła „czerwona nić”, która jeszcze niedawno wyznaczała kierunek działań – ta sama, którą pozostawił po sobie Arne Slot, odchodząc z Feyenoordu.
– Klub ma dziś do rozwiązania znacznie więcej problemów niż tylko kwestię trenera – podsumowuje Krabbendam. Trzy lata po mistrzostwie i zaledwie rok po znakomitej kampanii w Lidze Mistrzów jest to, jego zdaniem, gorzka konstatacja. Zmiany w polityce sportowej są niezbędne i pilne, lecz wygląda na to, że nikt nie chce, nie potrafi lub nie odważy się ich przeprowadzić. Dopóki tak pozostanie, Feyenoord skazany jest na bierne obserwowanie nieprzewidywalnych decyzji szkoleniowca i nadzieję, że końcowy rachunek w maju okaże się możliwy do zaakceptowania. – Nadzieja nie jest strategią – kończy autor.
Komentarze (0)