Choć w niedzielę Feyenoord zdołał wyszarpać skromne, lecz cenne zwycięstwo 1:0, ponownie uwidoczniła się jedna ze słabości zespołu – skuteczność przy wykonywaniu rzutów rożnych. Dane statystyczne jasno wskazują, że w obecnym sezonie drużynie z Rotterdamu brakuje prawdziwego specjalisty potrafiącego regularnie stwarzać zagrożenie po stałych fragmentach gry.
Feyenoord wykonywał aż dziewiętnaście rzutów rożnych, lecz przełożyło się to jedynie na dwie realne okazje strzeleckie po uderzeniach głową. Już na początku spotkania zagrożenie stworzył Watanabe, a po przerwie bliski był Jakub Moder, który trafił w poprzeczkę. Poza tym jednak dominowało jedynie optyczne zagrożenie bez konkretnego przełamania, co w tym sezonie przy stałych fragmentach zdarza się Feyenoordowi znacznie częściej.
Zwraca uwagę również różnorodność sygnałów stosowanych przy wykonywaniu rzutów rożnych – od uniesionej jednej ręki, przez obie ręce w górze, po skrzyżowane ramiona na klatce piersiowej. Sama realizacja pozostawia jednak wiele do życzenia. Wiele dośrodkowań jest zbyt krótkich i nierzadko nie dociera nawet do bliższego słupka.
Jak podkreśla Bart Frouws, liczby tylko potwierdzają skalę problemu. W bieżącym sezonie Eredivisie Feyenoord wykonał już 180 rzutów rożnych, z których padły zaledwie cztery gole. Oznacza to skuteczność na poziomie 2,2 procent.
Gorszy wynik notują jedynie Sparta Rotterdam (2%), FC Groningen (1,4%) oraz Excelsior. W praktyce oznacza to, że Feyenoord potrzebuje średnio aż 45 rzutów rożnych, by zdobyć jedną bramkę.
Komentarze (0)