Robin van Persie w ostatnich tygodniach znajduje się pod ostrzałem krytyki. Szkoleniowiec Feyenoordu rozpoczął sezon w bardzo dobrym stylu, jednak pod względem sportowym zespół znalazł się obecnie w trudnym momencie. Van Persiemu zarzuca się między innymi zbyt surowe podejście do zawodników, a jako przykład najczęściej przywoływana jest sytuacja Jadena Slory’ego. Skrzydłowy w wyjazdowym meczu z AZ sprokurował rzut karny, przez który Feyenoord stracił cenne punkty.
Od tamtego momentu nie pojawiał się już w planach trenera. Według van Persiego nie ma jednak mowy o osobistym „rozliczeniu”. – On był też przez dwa i pół miesiąca kontuzjowany. Uważam, że w tamtym momencie dobrze było, żeby na chwilę pozostał w cieniu – tłumaczy szkoleniowiec.
– Slory wszedł w meczu z AZ i przeżył tam ważny moment nauki. Nie był jedynym. Nie bez powodu przedłużyliśmy z nim kontrakt, wierzymy w niego. W ostatnich kilku spotkaniach przed zimową przerwą znów był normalnie w kadrze meczowej. O żadnym rozliczeniu nie ma mowy, nie chcę być takim trenerem.
Van Persie słyszy również zarzuty, że nie potrafi przyznać się do własnych błędów. Sam zainteresowany podkreśla jednak, że wewnątrz klubu jego decyzje są poddawane krytycznej analizie.
– Oczywiście, że również w tym zakresie dokonuję oceny. Jak prezentuję się w mediach w relacji do zawodników, sztabu, stylu gry? Pewnych rzeczy nie mogę powiedzieć – i nie musicie tego rozumieć ani akceptować. Gdy wy, jako media, coś mówicie w ramach swojej roli, to jest inaczej: obserwujecie i wyrażacie opinię, ale nie macie do czynienia z grupą zawodników. Ja mam – zaznacza.
Frustrację wśród kibiców wywołuje również plaga kontuzji. Van Persie uważa, że jego wcześniejsze wypowiedzi na temat poszukiwania „wspólnego mianownika” zostały wyrwane z kontekstu. Podkreśla, że nigdy nie chciał przerzucać winy na trenera przygotowania fizycznego Briana Priske.
– Pamiętam nagłówki nad tymi tekstami. Wróciliśmy do tego i doszliśmy mniej więcej do tego samego wniosku: pojawił się efekt domina, w którym tak naprawdę nie da się wskazać jednego winnego. W idealnym scenariuszu Gijs i Jordan trenowaliby jeszcze trochę dłużej. Gdy to się nie udało, widać było, że kolejni zawodnicy zaczęli łapać urazy. A czasem przyczyny są po prostu trudne do ustalenia.
Malcolm Jeng po raz pierwszy zagrał w pierwszym składzie i zerwał ścięgno Achillesa. – Nadal uważam, że nasz dział performance jest najlepszy. Trzeba analizować kontuzje indywidualnie i wtedy niemal każdy przypadek jest osobny i da się go wytłumaczyć. Przykład: Tsuyoshi Watanabe po raz pierwszy zagrał w barwach Japonii dwa mecze reprezentacji w krótkim odstępie czasu, wrócił do nas i doznał lekkiego urazu. To sprawiło, że musieli grać Jordan Bos i Gijs Smal, którzy wcześniej ładnie się rotowali i dzięki temu byli naprawdę w rytmie meczowym. Potem Bos również doznał kontuzji i zanim się obejrzysz, powstaje coś w rodzaju efektu domina: zawodnicy muszą grać trochę więcej, niż w danym momencie są w stanie udźwignąć, a konsekwencją jest to, że kolejni wypadają z powodu urazów.
Komentarze (0)